Przewińmy do wesela. Wszystko szło wspaniale – toasty, tańce, ta wyjątkowa złota godzina, która na każdym weselu wydaje się idealna, zanim wszystko zacznie się uspokajać. Wtedy moja siostra chwyciła mikrofon.
Zaczęła dziękować ludziom, przechodząc przez standardową listę, a ja pamiętam, że trochę się rozluźniłam, myśląc, że najtrudniejsza część wieczoru jest już za mną. Potem, zupełnie niespodziewanie, zażartowała, że „wreszcie się do czegoś przydałam” i że „wkupiłam się do wesela, finansując miesiąc miodowy”.
Sala się roześmiała. Zamarłam kompletnie, całe moje ciało zrobiło się gorące, a potem zimne w ciągu około dwóch sekund. Czułam, jak każda głowa na tym przyjęciu cicho zwraca się w moją stronę, czułam ten sam moment, w którym obcy, ledwo znający moje imię, zaczęli łączyć dwie rzeczy naraz – żart i mnie. Próbowała potem zbyć to jako niewinny żart, ale upokorzenie już wylądowało, i to na tyle mocno, że musiałam wyjść na zewnątrz, żeby przypomnieć sobie, jak normalnie oddychać.