Mariana powoli pochyliła się, by podnieść banknoty porozrzucane na podłodze.
Ostry dźwięk pogniecionego papieru rozbrzmiał w ogromnym holu centrum handlowego, gest zbyt luksusowy, zbyt efektowny, by być tak upokarzający. Ale to ani wstyd, ani potrzeba jej nie motywowały. Nie potrzebowała tych pieniędzy.
A jednak nie mogła znieść widoku tych banknotów plamiących nieskazitelny marmur, polerowany każdego ranka z niemal obsesyjną precyzją.
Podnosiła je jeden po drugim, niemal ceremonialnie, po czym odkładała na krawędź najbliższego pojemnika. W końcu wyprostowała się i ogłosiła spokojnym, opanowanym głosem, bez najmniejszego wibrowania:
“Powinieneś je zatrzymać. Te pieniądze… Będziesz go potrzebować.”
Alejandro stał nieruchomo.
Spodziewał się krzyków.
Łzy.
Wyrzuty.
Ale nic się nie wydarzyło.