W jego oczach nie było złości. Nie było wibracji w jego głosie. Ani śladu obrony czy błagania.
Ten spokój… było nie do zniesienia.
Stawiał mu czoła czymś, czego nie mógł kupić, upokorzyć ani złamać.
“Wciąż taka arogancka?” w końcu warknął, irytacja słychać było w jego głosie, zwracając się do Camili. “Spójrz na nią… Biedny, ale pełen dumy. »
Camila wydała suchy, niemal okrutny śmiech. Podeszła do Alejandro i chwyciła go za ramię, jakby chciała zaznaczyć swoje terytorium. Jego wzrok powoli przesuwał się po Marianie, od stóp do głów, zatrzymując się na jej prostym stroju, skromnych butach i wózku sprzątającym za nią.
“Są ludzie, którzy nigdy się nie zmieniają,” wyszeptała z pogardą.
Mariana nie odpowiedziała.
Nawet nie odwróciła wzroku.
W tym właśnie momencie automatyczne drzwi pokoju otworzyły się z dyskretnym, lecz uroczystym szeptem.
Grupa mężczyzn w czarnych garniturach weszła pewnym krokiem. Ich obecność natychmiast wywołała ciszę. Na czele grupy stał mężczyzna o srebrnoszary włosach, wyniosłej postawie i stanowczym, pełnym szacunku spojrzeniu — człowiek, którego autorytet sam w sobie wystarczał.