Sprzątałem pod łóżkiem, na wpół skupiony i już żałując, jak długo ignorowałem rosnącą warstwę kurzu pod nim, gdy zauważyłem coś bladego, zwiniętego przy ścianie. Nie było duże, ale coś było głęboko nie tak z jego kształtem. Wyglądało na miękkie. Zakrzywione. Lekko spuchnięte pośrodku, z ciemniejszym czubkiem, który natychmiast sprawił, że poczułem ucisk w żołądku.
Im dłużej na to patrzyłem, tym gorzej to wyglądało.
Jest coś dziwnego w strachu, kiedy nagle pojawia się w zwyczajnej chwili. W jednej chwili robisz coś zupełnie prozaicznego – przenosisz pudła, zamiatasz kurz, szukasz zagubionej skarpetki – a w następnej twoja wyobraźnia eksploduje, zamieniając się w katastrofę. Mój mózg natychmiast porzucił wszelkie racjonalne możliwości i rzucił się prosto w stronę horroru.
Pasożyt.
Martwy ogon myszy.
Jakiś kokon.
Gnijące stworzenie, które owady tam wlokły.
Każda możliwość wydawała się obrzydliwa.