jak bardzo szanowała każdą małą rzecz, którą mogła dać.
Zaniesienie Happy Meala do ich stolika było dziwnie intymne, jak przekroczenie niewidzialnej granicy między obcymi. Nie zależało mi na wdzięczności ani na scenie; chciałam, żeby przeżyli jedną chwilę, której nie definiowałyby szpitalne korytarze i rozkłady jazdy autobusów. Kiedy wychodziłam, ich milczenie mówiło więcej niż tylko: „ Czytaj dalej…”.
Słowa nie mogły. Tego dnia zrozumiałem, że cicha dobroć nie tylko karmi innych. Karmi również coś, co w nas głoduje.