Wtedy go usłyszałem. Ten mały dźwięk.
Zrobiłem pierwszą pętlę, miotłę w ręku, sprawdzając, czy nie ma żadnych powalonych gałęzi ani odpadów. Jest fragment szlaku biegnący wzdłuż “naturalnego krajobrazu” — tłumaczenie: drzewa i krzewy, które posadzili, by sprawiać wrażenie dzikości.
Poprzedniej nocy przeszła burza, więc wszędzie były gałęzie.
Wtedy go usłyszałem. Ten mały dźwięk. Jakby ktoś łapał oddech.
“Czy ktoś tam jest?”
Zamarłem. Słyszałem to znowu. Cichy, drżący jęk.
“Halo?” Zawołałem, prostując się. “Czy ktoś tam jest?”
Nic. Tylko gorące słowo.
Potem, z krzaków po prawej, kolejny mały dźwięk.
Tym razem bliżej.
Tam, w ziemi, był mały chłopiec.
Ruszyłem w stronę krzewów, serce zaczęło mi walić.
“Hej,” powiedziałem, wydając się spokojny. “Jeśli jesteś ranny, mogę ci pomóc, dobrze?”
Gałęzie szeleszczą. Odsunąłem ich na bok.
Tam, w ziemi, był mały chłopiec. Cztery, może pięć lat. Boso. Cienkie spodnie od piżamy przesiąknięte rosą. Jego kurtka nie była zamknięta. Włosy przykleiły się do czoła.
Jej policzki były pokryte zaschniętymi łzami.
Zadrżał tak mocno. Jej policzki były pokryte zaschniętymi łzami.
Nie krzyczał o pomoc.
Wydawał tylko te drobne, łamane dźwięki, jakby płacz bolał zbyt bardzo.
Więcej przeczytaj na następnej stronie>>