Na pogrzebie mojej córki nauczycielka pochyliła się i szepnęła: “Wygrałam”… aż prawnik prosi o ciszę i zaczyna czytać testament.
A potem, gdy ceremonia osiągnęła ten moment zawieszenia, gdy świat zdaje się zatrzymywać w miejscu, drzwi kościoła się otworzyły.
Ostry stukot szpilek rozbrzmiewał po marmurowej podłodze — głośny, suchy, zupełnie nie na miejscu. Jakby ktoś oklaskiwał tragedię.
Odwróciłem się.
Álvaro, mój zięć, wszedł śmiejąc się.
Nie poruszał się powoli, nie wykonał znaku krzyża, nie okazał najmniejszego gestu szacunku — takiego, jaki okazuje się nawet wtedy, gdy nic się nie czuje. Wszedł do środka, jakby spóźnił się na przyjęcie urodzinowe. Jej kurtka była nieskazitelna, fryzura idealnie schludna, a na ramieniu stała młoda kobieta w czerwonej sukience, z uśmiechem zbyt pewnym siebie jak na kogoś stojącego przed trumną.
Poczułem, jak ziemia ustępuje pod moimi stopami.
Niektórzy goście zaczęli szeptać. Inni zamarli. Kobieta zakryła usta. Ksiądz, oniemiający z podziwu, z otwartą księgą w ręku, milczał. A Álvaro, jakby nic się nie stało, powiedział na głos:
—Ups, spóźniamy się… Ruch w centrum miasta jest piekielny.
Kobieta w czerwieni rzuciła ciekawskie spojrzenie wokół siebie, jakby ktoś wszedł w nieznane miejsce. Jego wzrok padł na mnie. A gdy przechodziła obok mnie, lekko się pochyliła, jakby miała złożyć mi kondolencje… lecz raczej wyszeptała, z chłodem, który wciąż wyrył się w mojej pamięci:
“Chyba wygrałem.”
Wtedy coś we mnie pękło na zawsze.